Wednesday, 31 October 2012

Dyniowato

Nie umialam sie powstrzymac... jeszcze jedno zdjecie z tegorocznego Halloween do naszej rodzinnej kroniki. Jedno reprezentuje Zosie i jej dwa zabki ktore wlasnie wyszly a jedno mame z grozna mina jak Zosia cos przeskrobie. Dzis tylko jedno dziecko zapukalo do naszych drzwi... szkoda bo leje straszliwie i nawet nie dziwie sie ze dzieciaki w domach sie poukrywaly, a ja tyle slodyczy naszykowalam, i kto to teraz zje?????:P



Trick or Treat!


Dzis od rana wykrawamy dynie, jedna juz wykrojona, druga w przygotowaniu:), do tego Zoska zostala przebrana w pomaranczowe wdzianko, cieplutkie bo na zewnatrz wieje, pada i pogoda wybitnie udana na Halloween...
Nie moge doczekac sie gdy zapalimy wieczorem te nasze arcydziela.



Tuesday, 30 October 2012

Zaczynamy przygodę z puree


Jak pisałam w poprzednich postach, choć miało być BLW, wyszło nam na razie papkowe żarcie. Zośka zaczęła wołać o jedzenie o coraz wcześniejszych porach dnia i skusiło mnie to do spróbowania pierwszych manewrów łyżka-> usta. Strzał jak na razie w dziesiątkę, wprowadzony na razie lunch między 11-12 w południe jest pałaszowany z wielkim smakiem i popijany tradycyjnie mlekiem.
Tak jak z resztą zagadnień, która mnie interesowała i którą już przerabiałam i w tym przypadku najpierw posiliłam się mnóstwem literatury i interetowych artykułów i wybrałam metodę dla nas najbardziej odpowiednią i obrałam ścieżkę, którą nieco modyfikując postarm się iść. Gdzieś po drodze mam nadzieję zaliczyć też krzesełko z tacką + jedzonko w kawałeczkach + dziecko sięgające i samodzielnie jedzące.
Ponieważ jest tyle informacji na temat rozszerzania diety i każda matka na początku czuje się przytłoczona będę pisała regularnie jak my dajemy sobei radę i jak wprowadzamy nowości w nasz jadłospis, może komuś da to inspirację.
Dziś zawrzeć chciałam informację na temat przygotowywania puree. Wybrałam metodę, która pasuje do naszego życia najlepiej. Jestem mamuśką, która lubi z dzieckiem choć dwa razy dziennie na spacer wyjść, nie mam nikogo absulutnie nikogo do pomocy poza swoim własnym mężem, który jednak całe dnie w pracy siedzi, muszę się liczyć, że są dni kiedy Zośka życzy sobie wyłącznie być przyklejona do mnie i wspólnych zabaw i w związku z tym mój czas w kuchni szczególnie przed południem jest ograniczony. Nie chcę się stresować i z dzieckiem w jednej ręce a blenderem w drugiej szaleć w kuchni, dlatego wszystko chcę mieć przygotowane wcześniej.


Wybrałam metodę przygotywywania pierwszych konrketnych potrawek w steamerze, blendowania na puree, według potrzeby rozcieńczania z moim mleczkiem (np dobrze osładza to troszeczkę kwaśnawe jabuszko) i mrożenia. Pierwsze porcje marchewki zamroziłam w malutkich pojemniczkach bo wiem ze marcheweczke długo będę dodawać jako jeden ze składników obiadków. Natomiast dziś zabrałam się za kolejne porcje warzyw i pierwszych owoców. Na tapete poszły: słodkie ziemniaki, podłużna dynia (butternut squash), jabko i gruszka. Wszystko na raz na wsadziłam do steamera, gdy zmiękły wystarczająco, zblendowałam z własnym mlekiem i wsadziłam do specjalnie kupionego pojemnika na lód. Najpierw partia owoców, potem partia warzyw. Tak przygotowane wsadziłam tacke na ok 2 godz do zamrażarnika i po zamrożeniu każdą z zamrożonych kosteczek przełożyłam do dwóch oddzielnych plastikowych pudełek: na owoce i na warzywa. W przygotowaniu niebawem podobnie z brokułami, ziemniaczkami, groszkiem i większą ilością owoców. Sposób szybki i szalenie wydajny. W przyszłości wystarczy, że dwie trzy różne kosteczki warzyw połączę w jedno i stworzę dzięki temu nowy smak obiadku, a wszystko robione samodzielnie i na świeżych warzywach.



 U góry owoce na dole warzywa



 Zamrożone już jabłko i gruszka.

 Kosteczki przełożone do plastikowego opakowania

Kolejna partia do zamrażarki - dynia


Monday, 29 October 2012

Marchewkowy potwór


I stało się dziś - marchewkowa papka zniknęła w ustach Zośki z prędkością światła. Pierwsze karmienie warzywkami uznaję za wielki sukces, na razie jeszcze w formie puree, z czasem gdy Zoska opanuje chwyt szczypcowy oraz wyrazi chęć rzucia jedzenia dostanie warzywka w kawałeczkach. Na razie opanowujemy manewr łyżeczka = otwarte ustka. I całkiem nieźle nam to idzie. Zaczęłam trzy pierwsze dni od kleiku ryżowego coraz gęstszego z dnia na dzień a dziś w ruch poszła pomarańczowa maź rozrzedzona moim mlekiem.

Polecam takie pojemniczki do mrożenia.

Dziecko mlaskało z uwielbieniem połykając coraz to następne porcje mazi, wzroku przy tym nie spuszczając z talerzyka, żeby przypadkiem mama nie zabrała... I na dodatek choć zaopatrzyłyśmy się w przeróżne mokre i suche chusteczki, rolki papieru kuchennego i pieluszki tetrowe, nic z tych rzeczy nie było potrzebne... Zośce ani razu do głowy nawet nie zawitał pomysł wkładania rączek do buzi czy wkładanie do łyżeczki, więc wszystko czyste, wszystko wylądowało w brzuszku, plucia nie było. Odpukać, lepszego startu nie mogłam sobie wymarzyć!
Taki nasz halloweenowy strój...:D




Sunday, 28 October 2012

Wypłata? jaka wyplata!


Mama wczoraj dostała zielone światło na ciuchowe zakupy, dlugo nie myślała, zostawiła dziecko z mężem i z szałem w oczach pognała z na zakupy.
Kierunek designers outlet z mnóstwem fajowych przecen, cel zakup butów zimowych (z ostatnich podeszła odeszła w czasie spaceru i tak szurałam nogami przez pół parku), podrzędny cel to jakies sweterki.
Rozmiar niestety się na razie trwale zmienił na nieco większy ale mam nieustanną nadzieję, że jest to do dopracowania. Tymczasem w czymś trzeba chodzić. Jak na ironię buty kupiłam ostatnie, przed nimi miejsce zajęły dwa superaśne sweterki z gapa plus kamizelka na jesienne spacery, spódnica do płaszczyka i czarnych kozaczków, podkoszulek i fajna bluzeczka, na zdjęciu wybrane rzeczy.



Z chęcią wejścia do sklepu dziecięcego nawet nie walczyłam, była zbyt wielka. Wszędzie obniżone ceny więc matka wybrała też parę drobiazgów dla czekającego w domu dziecka. Sukienka w rzeczywistości prześliczna, planowana na kolacje wigilijną...:) a różowa bluzeczka jest na 12-18 miesięcy ale była za trzy funciaki w gapie i nie mogłam przejść obojętnie. Bolerko w planach do sukienki na chrzest.


I o tacie matka pomyślała, tata dostał buty i sweterek. Do tego matka odbyła pierwszą od jakiś 7 miesięcy podróż autobusem w dwie strony, a że dzień był pięny słoneczny cały wypad był ogromną przyjemnością. Ręce wypełnione sprawunkami dłużyły się do ziemi ale radość w sercu ogromna!

Friday, 26 October 2012

Karmić czy nie karmić


Wiele już razy natknęłam się na rozmowy forumowiczek internetowych na temat karmienia niemowlaków warzywami i jak ważne jest aby nie były to warzywa zwykle z supermarektu, a jedynie takie które teściowa, bratowa, ciocia, mama itd uprawiają u siebie w ogródku. A w efekcie dzieci karmione są jedynie warzywami sezonowymi bądź takimi ogródkowymi zamrożonymi na okres zimy. I BROŃ BOŻE nie karmić dzieci zwykłymi pakowanymi warzywami.
Na początku myślałam, że chodzi o smak - takie szklarniowe rzeczywiście są bardzo bezsmakowe, oczywiście rozumiem też, że w związku z tym jak są uprawiane nie mają też tyle właściwości odżywczych. Potem pomyślałam też, że mogą być specjalnie czymś pryskane i to też pewnie jest szkodliwe. Jednak w miare czytania coraz bardziej miałam wrażenie jakby dziewczyny ostrzegając się nawzajem przed sklepowymi warzywami pisały co najmniej o skażonych nuklearnych odpadach, które w sposób trwały i straszliwy zaszkodzą niemowlakowi.
Zapytałam więc naszej health visitor przy okazi spotkania jakie mam kupować warzywa i skąd je brać, żeby dziecko było zdrowe. Troche zdziwiona, kobieta popatrzyła na mnie i powiedziała, że kupować mogę wszędzie tylko oczywiście muszę dobrze umyć/wyparzyć przed starciem surowych.
I tu nasuwa mi sie pytanie, czym w takim razie karmić? Znając bezproblemowe podejście anglików do wszystkiego domyślam się, że tutejsze matki nawet nie zastanawiają się skąd pochodzą podawane dzieciom warzywa, bądz po prostu siegają po słoiczki, z drugiej strony znając znów zamartwiającą się wszystkim naturę rodaków (i tu sama się pod tym podpisuję) boję się, żeby nie popaść w przesadę.
Poradźcie mamy jak wy robicie? Mam w naszym miasteczku malutki sklepik z warzywami skąd mogę marchewki "brudne", prosto z ziemii kupić i piękne "brudne" ziemiste ziemniaki (kto mieszka w Angli i doświadcza tylko pięknych umytych warzyw bedzie wiedział o czym mówię) i planuję właśnie tam zaopatrywać się w produkty.

A dzisiaj wielki dzień, Zosia pierwszy raz miała spotkanie z miseczką i łyżeczką:) dziś na menu kleik ryżowy, mocno rozrobiony z moim mlekiem żeby gładko weszło do malutkiego żołądeczka. Szoku wielkiego nie było, troche krzywienia się owszem, ale z 8 malutkich łyżeczek zniknęło w malutkich usteczkach aby po chwili pojawić się na brodzie nosie i policzkach ale mama dała radę :) na koniec Zośka porwała łyżeczkę i trochę się nad nią pastwiła po czym posłała uroczy uśmiech i wystawiła język na koniec posiłku. Po paru dniach wprowadzamy warzywa i dlatego stąd mój powyższy post.



Thursday, 25 October 2012

Co czyta matka w kąpieli


Matka czyta:

I chlipie...

Co śpiewa matka wychodząc z kąpieli? "I'm so happy!" angielską dziecięcą rymowankę.

Co je matka na kolację? Grysik z cynamonem.

Zmaminiałam.... :)

Wednesday, 24 October 2012

Ho Ho Ho!!

Ja - wielki entuzjasta świąt Bożego Narodzenia, wielkie duże dziecko z pasją otwierające codziennie okiekna świątecznego kalendarza i wypatrujące z zapartym tchem pierwszej gwiazdki w tym roku tym bardziej niż zwykle nie potrafię doczekać się świątecznego okresu. Nie tylko dlatego, że wybieramy się w długą podróż autem aby spędzić te dni z rodzinką w Polsce i może nawet nacieszymy się śniegiem ale również dlatego, że będą to pierwsze święta w trójkę z niczego jeszcze nieświadomą Zosią.
I zapytać można dlaczego w październiku piszę o świętach, a inspiracją postu jest przesyłka która ostatnio zapukała do naszych drzwi....:

Wdzianko oczywiście Zosine, nie mamine;) Oj będzie śmiechu w tym roku po pachy z naszej małej mikołajki a ja już przytupuje nogami z niecierpliwości!

Tuesday, 23 October 2012

Oh happy day!!


Właśnie siedzę na rozłożonej kanapie i relaksuję się z moim mężem, Zosia od dwoch godzin słodko śpi i tak rozmyślam o dniu który już za nami. Niby taki sam jak każdy inny, z perspektywy Zosi - pobudka karmienie, zabawa, spanie i tak w kółko. A jednak każdy dzień to nowa przygoda dla mojego dziecka, spotkanie nieznanych wcześniej dźwięków, obrazów, kształtów, kolorów itd. A do szczęścia tak niewiele potrzeba, wystarczy chwila uwagi mamy, jakiś ciekawy nieznany wcześniej przedmiot jak np wyrwana strona gazety, która można miętolić w rączkach w nieskończoność, opakowanie puste po ciasteczkach które tak fajnie szeleści czy plastikowa rączka pompki do ściągania mleka, które można pomemłać w buzi. Takie banalne a jakie szczęśliwe życie i radosne codzienne odkrycia a mama najlepszym kompanem do odkrywania nowego, zupełnie jeszcze nieznanego świata. I tak doszłam do wniosku, że wielkim szczęściem jest móc od zera krok po kroczku poznawać otaczającą nas rzeczywistość oczami dziecka i widzieć radość jaka płynie z niczego...



Tu Zosia obserwująca otaczające ją kaczki.

Monday, 22 October 2012

5 miesiąc i super duper obrót!


Zośka wczoraj z pompą skończyła pięć miesięcy. Dzień przekornie był średnio udany, pogoda nie ta, nastrój nie ten, dziecko z nastawieniem 'na nie' na wszystko. Ale przetrwaliśmy. Za to dziś od rana aniołek, pięknie śpi, zjada wszystko, nie marudzi. A największym naszym prezentem na te 5 miechów był Zosiny dzsiejszy przewrót!! Przewróciło nam się dziecię pierwszy raz z pleców na brzuch! Co za radość i duma rozpiera moją pierś. Smsy poszły do znajomych i rodziny, jak gdyby co najmniej dziecię przemówiło, ale kto przeżył zrozumie!
Tu dzisiejsza poza wraz z koleżanką Lily.





Piątek i sobotę super mieliśmy, ale o tym fotorelacja jutro, dziś kontempluję cudowną deszczowo-mglistą angielską pogodę z kubkiem inki w ręku.

Dziękuję też wszystkim mamom za komentarze pod ostatnim postem odnośnie rozszerzania diety, super informacje, proszę o więcej jeżeli tylko ktoś ma ochotę się doświadczeniami podzielić.

Saturday, 20 October 2012

Kocyk i jedzonko


Trzy tygodnie temu, kiedy pojechalam na noc do znajomych a pozniej mielismy u siebie w domu gosci, dostalysmy z Zosia kolejny slicznyp prezent od kolezanki



Kocyk na zimowe spacerki w wózku. Przepiekny choc bardzo prosty, jednak tematyka nawiazujacy do moich ulubionych bajkowych postaci. Kocyk jest fantastycznie wykonany, sklada sie z dwoch warstw - cieplutkiej grubej bawelnianej i delikatnego milutkiego polarku. Towarzyszy nam od tygodnia na spacerkach i jestem bardzo mocno z niego zadowolona. W przyszlosci moze nam tez posluzyc jako kocyk w lozeczku na chlodniejsze noce.

Ale ja glownie o wkrotce czekajacej nas przygodzie smakowej chcialam napisac. Planuje niebawem wprowadzic pierwsze konkretne smaki do diety Zosi, bo na razie jest wylacznie na mleczku. Czytam o BLW, czytam o sloiczkach, czytam o pureé, czytam o soczkach i kleikach. I im wiecej czytam tym bardziej jestem skolowana nadmiarem informacji i roznorodnoscia sposobow na rozszerzanie diety dla maluszka. Ide dalej i pytam sie znajomych ktorzy maja ten etap u siebie juz zaliczony o rady i wypytuje o ich doswiadczenia. I tak widze ze kazda mama ma swoje pomysly i kieruje sie wlasna intuicja w tych sprawach. Jezeli mozliwe, napiszcie mi jak to bylo u Was? Interesuje mnie: kiedy zaczelyscie rozszerzanie diety u swoich dzieci, od jakich pokarmow zaczelyscie oraz od jakich posilkow (sniadania, obiadki??).
Mam w glowie juz plan na nasze karmienie sie, wiem ze chce sprobowac i lyzeczki i BLW i wiem ze na pewno chce sama wszystko przygotowywac. Intrersuja mnie podobne doswaidczenia innych mam. Z gory Wam dziekuje!

Thursday, 18 October 2012

Nowe dyscypliny sportowe


Zosia, kibicując mojej walce z oponkami dopomaga jak może, a do ulubionych zaliczamy:


  • mama podniesie mama poda - dziecko z zawziętą lubością chwyta sprawnie w rączyny podawaną zabawke i po chwili machając na wszystkie możliwe kierunki upatrza sobie chwilę gdy akurat mama już się wyprostowała i gna w strone kuchni i rzuca zabawką, im dalej tym więcej radości i dłużej możńa obserwować pogoń mamy za zabawką
  • mama poćwiczy bicepsy - mama odkłada dziecko na łóżko, podaje zabawkę dziecko włącza syrenę 'yyyy yyyy yyyy' mama bierze na ręce, mama odkłada dziecko do bujaczka, dziecko patrzy jak mama odchodzi do kuchni, dziecko zaczyna marudzić, że tam u góry na półkach są o wiele ciekawsze rzeczy. Mama bierze na ręce i pokazuje kolorowe książki, świeczki na półkach i zdjęcia na ścianach. Dziecko idzie z mamą do parku w wózku i ustka w podkówkę, mama bierze na ręce i pokazuje przechadzające się po chodniku kaczuszki - dziecko przeszczęśliwe.
  • mama poskacze - mama wsadza dziecko do bouncerka, dziecko wisi rozgląda się i pokazuje, że o tam chce być przeniesione, mama macha nóżkami dziecka i pokazuje jak się skacze, dziecko śmieje się jeszcze szerzej, mama sama zaczyna skakać i wymachiwać rękami, dziecko śmieje się do rozpuchu
I tak by można godzinami wyliczać... a wieczorem padam jak kawka do łóżka i pleców, rąk i nóg nie czuję, ale przeszczęśliwa, że jutro znów taki super dzień nas czeka!!



Moja 'niewinność'

Monday, 15 October 2012

Smoczek


Musiałam napisać tego posta, żeby upamiętnić tydzień w którym Zosia pierwszy raz odłożona do łóżeczka zasnęła bez swojego smoczusia. Wiem, że niektóre mamy będą się dziwiły, że dla nas to takie święto, inne jeszcze niemamy w ogóle nie będą rozumiały skąd ta radość, a moja radość jest ogromna. Nigdy nie chciałam dawać swojemu dziecku smoczka, choc niezorientowana w  temacie usypiania niemowląt nie rozumiałam wagi potrzeby ssania w tym młodym wieku. Potem spróbowaliśmy i zrozumieliśmy jak bardzo ułatwia to życie rodzicom i jak szybko uspokaja się przy smoczku dziecko. A potem przyszło pytanie, to kiedy oduczać zasypiania przy smoczku? (bo tylko do zasypiania dajemy go Zosi) i jak to zrobić, żeby obeszło się bez płaczu, bez technik w stylu CIO i innych 'sleep techniques". Wiedziałam, że właściwy moment z czasem nadejdzie, a jeżeli nie, to nie będę naciskać i może dobra wróżka albo dzieciątko zabierze smoczka gdy Zosia będzie większa wzamian za jakiś upominek.
A tu niespodzianka - nowe odkrycie i to jak zwykle dokonane przypadkiem. 
I tak pare dni temu, kiedy była jeszcze u nas moja mama, położyłam Zosie jak zwykle do łóżeczka w dzień i zaoferowałam smoczka, ale dziecię zaczęło do niego gaworzyć i wypluwać, no więc wyszłam na chwilkę do kuchni myśląc sobie, że może jeszcze nie jest taka śpiąca i za chwilkę wrócę sprawdzić jak się ma. Po paru minutach wróciłam i zobaczyłam, że Zosia już jest w głębokim śnie! Taka mała rzecz, a dla mnie krok milowy w naszym małym życiu. I od tego czasu, na drzemki i wieczorem Zosia przytulona i ucałowana w czółko zostaje położona w swoim łożu, otulona kocykiem i tak smacznie zasypia. Smoczek dalej króluje na spacerach i w aucie oraz gdy dziecko nasze jest przemęczone i ciężko jest jej się uspokoić przed spaniem.
Cieszę się ogromnie bo to również oznacza lepsze spanie w nocy.
Przeczytałam chyba już wszystkie książi odnośnie snu niemowlaka i sama zauważyłam, że to jak dziecko zasypia wieczorem ma wpływ na to jak będzie reagować gdy przypadkiem przebudzi się w nocy. Dziecko uspyiające przy cycu będzie chciało cyca, żeby ponownie zasnąć, dziecko zasypiające bujane zwykle będzie się uspokajało przy bujaniu a te które miało smoczek będzie chciało smoczka. I to sie u nas sprawdziło i nieraz pare razy w nocy wstawaliśmy, żeby podać jej smoka. Teraz choć z rzadka raz zdarzy jej się ok 5 rano przebudzić, zwykle przesypia bez pobudek całe nocki do 7 rano. Oczywiście odstępstwa od reguł też są.
Piszę dla siebie, żeby pamiętać te wszystkie wydarzenia na przyszłość, może przy następnych dzieciach, aby pamiętać kolejność wydarzeń oraz dla mam które może właśnie męczą się z częstymi pobudkami nocnymi i zastanawiają się dlaczego.

Obecnie pożeram książki na tematy rozszerzania diety i czekam niecierpliwością na dzień kiedy oboje z mężem zaserwujemy pierwszy Zosiny marchewkowy posiłek:)

Kluseczka nasza z wielkim uwielbieniem ostatnio ćwiczy zaparcie nowy odgłos - coś jakby gulgoty wydobywające się z dna gardła, do tego nieraz piszczy i to ewidentnie aby zwrócić na siebie uwagę albo zagłuszyć konwersację toczącą się przy niej ale bez jej osobistego udziału. Coraz sprytniejsza staje się Zosieńka. Zgrubienie na dziąsełku na pewno jest ząbkiem, wychodzi sobie powoli, na razie bezobjawowo.

Moje słoneczko:)




Thursday, 11 October 2012

Do zakochania jeden krok!!


Zwariowałam na punkcie swojego dziecka! Nie sądziłam, że to jest możliwe, ale mam wrażenie że z dnia na dzień coraz bardziej zakochuję się w mojej córeczce. To nie jest tak, że od początku jej nie kochałam, bo miłość matczyna zradza się sama z siebie i jest bardzo silna. Mam jednak wrażenie, że z czasem miłość ta przeradza się w coś bardziej świadomego i namacalnego. Jestem w stanie wymienić milion powodów dla których tak mocno kocham Zosie nie tylko dlatego, że jest moim malutkim słodziutkim bobasem ale dlatego, że ma niepowtarzalną osobowość, nawyki i przesłodkie minki. Codziennie opiekowanie się i dbanie o dziecko z obowiązku przerodziło się w prawdziwą przyjemność. W przerwach między drzemkami, gdy bawimy się razem, uśmiechamy i gadamy do siebie widzę, że tworzy się coraz to silniejsza więz i nic porozumienia między nami.



Tymczasem jesień przyszła z wielkim impetem, po pięknym wrześniu i ciepłym słoneczku codziennie teraz za oknem witamy szary świt i mrzący deszcz. Drzemkom w parku i długim spacerom mówimy do widzenia, i zamieniamy je na krótsze spacery krajoznawcze w nosidełku, skąd Zosia obserwuje z zainteresowaniem świat i wpatruje się w ludzi. Zaopatrzyłyśmy się w cieplejsze ciuszki i czapy i łykamy dużo świeżego jesiennego powietrza.

Sunday, 7 October 2012

Miś Mietuś i inne


Najpierw zacznę od przedstawienia nowego towarzysza życia Zosi



Miś Mietuś ewentualnie Mietka gdyby Zosia w przyszłości stwierdziła, że to 'ona'. Pomysł zawdzięczam Constance, która ostatnio poświęciła posta temu misiowi i firmie go produkującej. A imie pojawiło się pare razy na innych blogach w odnośnie do nosidełka Mei Tai ale mi jakoś pasuje bardziej do tego małego oto stworzonka;) Od razu się zakochałam i zdecydowałam, że będzie idealnym towarzyszem do zasypiania i tarmoszenia dla Zosi. Wypróbowany jeszcze nie został, ale w najbliższych tygodniach przetestujemy i napiszę jak się sprawdził.

Wczoraj dokonałam też pierwszego cięcia włosków. Nie mogłam już patrzeć na za długie i wszędzie odstające kudły Kluseczki i sięgnęłam po nożyczki. Efekt przed i po  (dodatkowo ten łysy placek na środku głowy.... grrr)


Uśmialiśmy się jak nie wiem co, bo zwyczajną cieniutką gumeczką udało mi się kucyki spiąć ale bardziej to upodobniło Zosie to członka indiańskiego plemienia niż do małej dziewczynki. W efekcie włoski poszły pod nożyczki. Od razu jakoś lepiej mi się wydaje, że Zosia wygląda bez odstających z boczków i z tyłu włosków na wszystkie strony.
Dzisiejsza sesja w nowiutkiej sukieneczce:)


Zaszaleliśmy też wczoraj z mężem i z okazji ponownego przylotu mojej mamy wybraliśmy się oboje do kina. Obejrzeliśmy 'Untouchable'. Film francuskiej produkcji opowiadający wzruszającą historię przyjaźni jaka zawiązała się między niepełnosprawnym, sparaliżowanym od szyi w dół mężczyźnie i jego opiekunie. Gorąco polecam!
Zosia kochana zasnęła o 7 w pare minut po położeniu, a myśmy cudownych pare godzin we dwójkę mogli spędzić, po powrocie okazało się, że mała bez problemu cały ten czas przespała i mama nie musiała się niczym stresować:)  W prawdzie co chwilke w kinie zerkałam na telefon, ale miałam pewność, że Zosia jest w dobrych rękach i od tygodni już ani razu nam się po położeniu spać nie wybudziła więc nie mieliśmy oporów przed wyjściem.

A na koniec nasza dzisiejsza zdobycz:



Kupiłam ten sprzęcior za grosze oczywiście używany, nie lubię ryzykować na wszelki wypadek gdyby Zosi nie przypadło do gustu to przynajmniej wiem że wiele nas to nie kosztowało. Zabawka odpowiednia dla dzieci od 4 miesięcy jednak widzę, że może bardziej od 6 - 7 bo Zosia jeszcze w tym kompletnie 'tonie' i poza wgapianiem się w te świecidełka różnie jeszcze nie wie co ma robić. Za to myślę, że za pare/parenaście tygodni stanie się hitem i ulubionym 'centrum zabaw'. Siedzonko w którym dziecko siedzi obraca sie o 360 stopni, jest mnóstwo przycisków grających i świecących, lusterko, mała zjeżdżalnia do której można spuszczać kolorowe piłeczki, zabaweczki do przesuwania i naciskania i pare innych super gadżetów dla malutkich paluszków. Można również używać jako pomoc przy stawianiu pierwszych kroczków jak na jednym z obrazków powyżej.
Minus jest taki, że zabawka kompletnie nie praktyczna na małych przestrzeniach jako że ma raczej większe rozmiary, u nas problemu nie ma bo dużo przestrzeni w domu mamy.
Na razie wśród zabaw króluje jeszcze mata i wszelkiego rodzaju grzechotki i gryzaki które można wsadzać do buzi, a przy tym ślini się dziecko niemiłosiernie.
Wyczuliśmy wczoraj na dziąsełku na dole z przodu zgrubienie i jaśniejszy kolor na dziąsełku... tak coś wyczuwam, że chyba ząbek idzie...

Thursday, 4 October 2012

O spaniu i jedzeniu

Ostatnio na paru blogach widziałam poruszone tematy w zakresie zasypiania i sypiania dzieciaczków jak również jedzenia i kąpania i jednocześnie pytania odnośnie tego jak 'robią to' inne mamy.

Dawno już nie pisałam o tym jak nasze dni wyglądaja, a że (wciąż to podkreślam) blog jest zbiorem moich wspomnień z okresu ciąży i pierwszych lat życia Zosi to nie chciałabym aby to co dla mnie obecnie jest na porządku dziennym uciekło mi z pamięci w przyszłości.

Jakoś tak ostatnio wszystko nam się układa w całość. Wiem, że osoby śledzące moje wpisy wie o naszych początkowych kryzysach, o załamywaniu rąk i wylanych łzach. Później problemy z jedzeniem i jeszcze później niespokojne noce.
Od jakiegos czasu po przeczytaniu niezliczonych książek i poskładaniu wszystkich malutkich elementów i rad z tych właśnie lektur w jedną całość wypracowałysmy sobie w miare funkcjonujący dzienny rytuał z Zosią.
Mała sama dyktuje czasy drzemek i pobudki rannej, tych rzeczy nie da sie w pełni przewidzieć, ale pory posiłków i wieczornego spania są zwykle niezmienne.
Tradycyjnie Zosia budzi się rozgłaszając całemu światu w jakim cudownym nastroju jest rano, gruchając i gugając do karuzeli w okrzykach zachwytu nad ruszającymi się zabawkami - między 6.30 a 7 rano. Następnie ubieranie, pierwsza butelka, zabawa i Zosia idzie na pierwszą ranną drzemkę. Śpi ok 45min, potem krótki spacer zwykle do sklepu i powrót na druga ranną drzemkę. Po niej dłuższa zabawa, jedzonko i tu następuje długa drzemka południowa od 12 zwykle do 2.30. Następnie znów jedzonko i długa zabawa i między 4 a 5 ostatnia drzemka dnia. W między czasie popołudniu gdzieś jeszcze wplatam spacer na świeżym powietrzu. Jeżeli pogoda dopisuje to ostatnia drzemka jest w parku w wózku. Kąpiel plus zabawa na ręczniku ok 7, smarowanie i ubieranie w piżamkę, jedzonko i zwykle już do 7.30 Zosia śpi. Ok 11 karmimy mała przed snem i do rana nam bez karmienia śpi. Ogólnie więc w dzień karmię co 4 godziny, razem 5 karmień i ok 4 drzemek łącznie ok 5godzin snu w dzień i ok 11,5 godzin snu w nocy.

Kluseczka nasza w dzień i w nocy zasypia w łóżeczku. W dzień zwykle krok po kroku robię to samo przed każdą drzemką. Biorę Zosię do sypialni, zamykam okno, przyciemniam żaluzje i zawijam w kocyk. Następnie włączam kojące fale i kładę do łóżeczka, daję smoczek i pieluchę przy twarzyczce i wychodzę. Zwykle w przeciągu paru minut śpi. Jedynie z drugą drzemką ranną ma problemy i tak czasem muszę dwa trzy razy do pokoju wrócić i pomóc jej nieco zasnąć, ewentualnie zapuścić jakiś głośniejszy szum, który ją bardziej uspokoi i ukoi do snu.
Wieczory są jak na razie bezproblemowe. DZień w dzień robimy krok w krok dokładnie to samo wieczorami z uwzględnieniem tych samych pomieszczeń (kąpiel w salonie, ubieranie w pokoiku Zosi, karmienie i kładzenie spać już w naszej sypialni) i jak na razie mała wie dokladnie co i jak i dosłownie oczka zamyka w jakieś dwie minuty po odłożeniu jej do łóżeczka.
Myślę, że bez smoczka nie dalibyśmy rady wten sposób, musiałabym wymyślić inny sposób relaksowania i kojenia małej typu noszenie na rękach śpiewanie itd. Tzn uważam ze te metody są piękne, ale po prostu nie zawsze ma się na nie czas gdy np trzeba usypiać dziecko 5 razy na dzień.
Tu pojawia się czasem mój dylemat, jak to dalej będzie z tym smoczkiem i jak Zosia będzie zasypiać bez niego. Jeżeli ktokolwiek ma doświadczenie w odzwyczajaniu dzieci od smoczków i jakieś pomysły na alternatywne pomoce przy zasypianiu to proszę o komentarz. Wiem, że takie maluchy już nie mają takiej ogromnej potrzeby ssania i widze, że smoczek stał się silnym skojarzeniem ze snem obecnie. Zasypianie przy nim jest szybkie i łatwe ale jak nauczyć dziecko, że są też inne na to sposoby?:)

Ogólnie jestem ostatnio przeszczęśliwa, nasze dni są samą przyjemnością, mam czas nie tylko na ogarnięcie domu ale i dla siebie i nie mogłabym prosić o więcej. I Zosia się ładnie wysypia a za każdym razem gdy się budzi to wita mnie swoim ogromnym bezzębnym uśmiechem:)))


Tuesday, 2 October 2012

Mum off duty

Ten miniony weekend był niesamowity i naładował mi baterie na następne dni/tygodnie przed nami.

Zaczęłam w czwartek od pokuszenia się o spray tan (opalenizna w natrysku??), czego nigdy wczesniej nie miałam, ale po pierwsze nie chcę chodzić na solarium gdy nie muszę bo to jednak niezdrowe, a po drugie przez nieopalanie się podczas całej ciąży i malutko słońca w ostatnich miesiącach po urodzeniu się Zosi wyglądałam blada jak Zombie i juz nie mogłam na siebie patrzeć, a do tego jedyna sukienka jaka na mnie wchodzi i która w weekend chciałam ubrać jest kremowa i jakos tak brakowało kontrastu:) tak więc w weekend wkroczyłam 'opalona' :) od razu tez jakoś łatwiej mi się w lustro patrzyło.
W sobotę rano pojechaliśmy do Cardiff gdzie przez pare lat wczesniej mieszkaliśmy. Umówilam nas na spotkanie z przemiłą parą, której urodził się synek w tym samym czasie co Zosia. Nie znalismy ich wczesniej zbyt dobrze ale kontakt się zacieśnił mocno podczas naszych ciąży i po porodzie i nie było tygodnia bez wspólnych maili i smsów i wymiany doswiadczeń rodzicielskich. Tak więc odwiedziliśmy Eryka, Elize i ich synka Erwinka;)



Najśmieszniejszy moment był ich poznania i zapatrzenia na siebie. Zosia od razu się rozgadała a Erwinek chyba troszkę się zawstydził i powędrował wramiona mamy:) Przecudnie to wyglądało. Oczywiście nagadać się nie potrafiliśmy i zdecydowanie planujemy kolejne spotkanie.
Później mąż podwiózł mnie do następnych znajomych gdzie ja już zostałam na noc a on wrócił z Zosią do domu. MOJA PIERWSZA NOC BEZ ZOSI! Bałam się jak zareaguję, ale choć dużo myślałam i zastanawiałam się co własnie Zosia porabia to jednak nie czułam potrzeby ciągłego dzwonienia i martwienia się. Mąż jest super w swojej roli taty i od początku i tak wszystko na pół dzielimy więc oboje wszystkie rytuały wykonujemy tak samo i wiedziałam, że lepszej opieki Zosia nie może mieć. A ja chciałam po prostu odprężyć się i nacieszyć dobrym towarzystwem. Późnym wieczorem wyszykowaliśmy się i wyszliśmy w pogoni za parkietem i dobrą muzyką. Zaliczyliśmy parę miejsc aż znaleźliśmy w miare niezatłoczony klub i tak gdzieś do 3 nad ranem tańcowaliśmy ile sił w nogach.




 Później taxi powrót do domu znajomej i kilka godzin snu (ja akruat przyzwyczajona jestem i można powiedizeć ze nawet całkiem się wyspałam:)). Rano śniadanko wspólne, kawka i jeszcze parę godzin spędzonych na pogaduchach i razem z dwójką znajomych tym razem wpakowaliśmy się w pociąg i ruszyliśmy w kierunku naszego miasteczka, aby pokazać Zosię. I tak mieliśmy u siebie gości jescze w niedzielę i zostali na noc do poniedziałku. Zosia okazała się znów być aniołkiem, przez cała obecność gości ani razu nie zapłakała, spała slicznie cała noc i mimo śmiechów i rozmów nocnych ani razu się nie przebudziła. W ogóle nie miała nic przeciwko braniu na ręce przez obcych sobie ludzi i rzucała milionem pięnych uśmiechów w strone nieznajomych twarzy:)



W poniedziałek w południe odprawiłam gości w dalszą podróż i zostałam z Zosią, którą już mogłam zupełnie egoistycznie tulić i wycałowywać ile chciałam:)
Maminymi oczami patrzę zupełnie inaczej teraz na takie wypady, które były czymś na porządku dziennym jeszcze niedawno i przez cały okres studiów w Cardiff. Muszę powiedzieć, że każdy powienien mieć taką okazję naładować baterie i wyśmiać się do rozpuchu (aż mnie mięśnie brzucha bolą od śmiechu), ale nigdy za żadne skarby świata nie zrezygnowałabym z życia które obecnie mam i z mojej kochanej kruszynki. I też pierwszy raz w życiu wracałam do domu z tak cudownego weekendu bez poczucia smutku, że coś miłego się skończyło ale z ogoromną radością w sercu, że wracam w ramiona męża i córki.